Historia

 

 Wspomina Kpt. jachtowy Grzegorz Stefaniak „Admirał” -

  założyciel i pierwszy komandor PKŻ w Nowym Jorku.

          Pamięć ludzka jest zawodna, a czas szybko mija. Zapominamy o wielu sprawach, dlatego postanowiłem napisać parę słów o powstaniu Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku..

         Minęło już 16 lat od czasu, kiedy polonijni żeglarze spotkali się na pierwszym  zebraniu organizacyjnym. Ilu jest  teraz  tych, co przyszli na moje ogłoszenie zamieszczone w polskim czasopismie „Kurier”, wydawanym przez  p. Wawrzonka?.

         W maju 1999 roku powróciłem   po 3 latach z Polski do Nowego Jorku. Droga wiodła przez Chicago, gdzie działał  Polski Klub Żeglarski, którego komandorem był wówczas Andrzej Piotrowski. Znałem się z nim jeszcze z Polski i on to zaproponował mi, abym skrzyknął nowojorską brać żeglarską, organizując klub.

  Początkowo szukałem żeglarzy poprzez znajomych i kolegów. Niestety, ta metoda nie dała rezultatu. W tym czasie  większość myślała o zarabianiu,  szukaniu dodatkowej pracy a nie o pływaniu. Wiedzialem jednak, że  w takiej masie polonijnej są żeglarze i byłoby niemożliwe, gdybyśmy się nie odnaleźli. Trzeba było dzialać inaczej. Z pomocą, jak zwykle, przyszedł przypadek. Przechodziłem obok redakcji „Kuriera”, mieszczącej się wówczas przy Greenpoint Ave. Wstąpiłem do środka. Krótka rozmowa z wydawcą p. Wawrzonkiem  i jego akceptacja: „Kurier” zamieści  bezpłatnie ogłoszenia o powstawaniu klubu  i będzie służył pomocą  w  naszych poczynaniach. Tam spotkałem pierwszego kandydata  na członka klubu, Janusza Cichalewskiego, który będąc żeglarzem i  jednym z redaktorów, gorąco poparł mój  pomysł.

Ustaliłem  z  p. Wawrzonkiem, że pierwsze zebranie odbędzie się w siedzibie redakcji w dniu 3 czerwca 1990r.  W następnym numerze  „Kuriera” ukazało się ogłoszenie o tym spotkaniu.

      Czasu na przygotowanie zebrania nie było dużo, poza tym nurtowało mnie pytanie: czy przyjdą? Przyszli. Na pierwsze zebranie przyszło 24 żeglarzy. Oryginalną listę obecności zatrzymał kol. Stefan Bienias, który na uroczystości 15 lecia Klubu pokazał ją wszystkim i każdemu dał jej kopię.

     Początki były  trudne. Nie wszyscy chcieli być członkami klubu, dla wielu klub kojarzył się z systemem, od którego udało im się „urwać”. Dlatego tak mało zachowało się oficjalnych dokumentów, list obecności, deklaracji. Do klubu przychodzili różni ludzie, niektórzy byli raz czy dwa i ślad po nich zaginął. Nie prowadziliśmy w tym okresie oficjalnej dokumentacji. Nie wiedzieliśmy, czy długo uda nam się  być razem.

  Wśród członków, czy też sympatyków klubu z pierwszego okresu  naszej dzialalności, jest wielu żeglarzy, o których należy wspomnieć.

Do dziś pływa nestor polskiego żeglarstwa w Nowym Yorku żeglarz Bogdan Michalski, armator s/y „Posnania”.

Stefan Bienias, kaphornowiec i armator s/y “Call of the Wild”.

Janusz Cichalewski, który kilkakrotnie żeglował z Nowego Yorku  na Morze Karaibskie na swoim już drugim jachcie s/y „Ulka”.

Krzysztof Kamiński, armator  s/y „Gryfa II”, który to jacht i jego załoga osiągała kiedyś wspaniałe wyniki, startując w regatach Northen Ocean Racing Trophy-1991, zaimując V  miejsce. Załoga  to kpt. Krzysztof Kamiński oraz Szymon Karecki, Zenon Słomski i Antoni Domino.

 Gdzieś na Pacyfiku jest  Andrzej Plewik -  armator s/y Atlantis, na którym przeżeglował pół świata.

  Gienek Konieczny, który  może pochwalić się największym sukcesem żeglarskim, jakim jest samotna żegluga przez Atlantyk, którą odbył na swoim jachcie East Wind.

Mieliśmy też jeszcze jednego samotnego żeglarza,  kol. Janka Kościałkiewicza, który po kilku latach pracy w Stanach zakupił 36 stopowy jacht i  pożeglował  nim do Europy. Rejs zakończył się pomyślnie, żeglarz i jego jacht szczęśliwie dopłynęli do Marsylii.

Pierwsze zebrania, pierwsze plany żeglarskie i już po paru tygodniach  wspólnych rozmów o jachtach zapada decyzja: kupujemy jacht. Dziś po latach wiem, że to wszystko było spontaniczne, nie bardzo przemyślane, ale takie to były czasy. Tutaj pomocnym okazał się kol.Ryszard Raczyński, który wyszukał w jednej z marin jacht odpowiadajacy naszym  początkowym wymaganiom.

 Wszyscy ten jacht pamiętamy. Nasz Pierwszy Klubowy s/y „Oceana”. Były problemy z  rejestracją , ze spłatami. Jacht został zarejestrowany na moje nazwisko. Stałem się w ten sposób „właścicielem” „mojego” pierwszego jachtu w Stanach. Spłacaliśmy ten jacht przez trzy lata, płacąc za niego po 100 dolarów miesięcznie.

     Dopiero po paru latach, kiedy klub miał już swój statut i odpowiednie „dokumenty”, jacht ten stał się formalnie własnością klubu.

Drugim jachtem klubowym była „Aurora” zakupiona, o ile pamietam, za 2 tys. dolarów. Jacht ten pływał dwa sezony w naszym klubie. Na jednym z zebrań, kiedy „głód” finansowy zajrzał do naszej kasy, postanowiliśmy  się go pozbyć, sprezentować komuś, kto go tylko weźmie. Kolega Struzik zgodził się na to i w ten sposób stał się właścicielem jachtu. Z tego co wiem, jacht  ten pływa do dziś  gdzieś  po  jeziorach w Pensylwanii.

Jeśli mowa o finansach,  składka członkowska w klubie wynosiła początkowo 15 a w okresie późniejszym 20 dolarów rocznie. Ponieważ potrzebowaliśmy pieniędzy nie tylko na spłatę jachtow, ale i na różne wewnętrzne imprezy, zaczęliśmy je zdobywać, organizując zabawy klubowe. Tak został zorganizowany i z wielkim powodzeniem kontynuowany do dnia dzisiejszego Bal Pirata, Zabawa Wiosenna,czy też na zakończenie sezonu Zabawa Jesienna. To była podstawa naszych finansów.

      Życie klubowe to nie tylko cotygodniowe spotkania, początkowo w redakcji „Kuriera”, które później przekształciły się w comiesięczne zebrania, ale i organizowane specjalnie dla członków klubu imprezy takie jak: „Wigilia Żeglarska”, czy „Jajeczko Wielkanocne”.

     Nie zapomnieliśmy też o szkoleniach  żeglarskich organizowanych dla naszych członków. Każdy   mógł przyjść na takie szkolenie, uczestniczyć nie tylko biernie jako słuchacz, ale też samemu przygotować  i przeprowadzić wykład z tematyki żeglarskiej. Jednym z prowadzących zajęcia był kpt. Wojciech Walczak, wprowadzający nas w tajniki  zapomnianego już dziś systemu nawigacyjnego loran.

        Po rocznej działalności, kiedy klub miał już pewne doświadczenie w prowadzeniu szkoleń, wystąpiliśmy do PZŻ-u o przyznanie mam prawa do przeprowadzania egzaminów  na stopień żeglarza, a w późniejszym terminie sternika jachtowego. Nasza prośba została zaakceptowana i od tej pory mieliśmy już prawo wydawania patentów żeglarskich na te stopnie. O ile dobrze pamiętam, to jednym z pierwszych kursantów, który zdobył patent sternika jachtowego był kol. Stefan Bienias.

      W początkowym okresie działalności w klubie bylo nas dwóch kapitanów jachtowych: kpt. Eugeniusz Gniewczyński i ja. Byli też sternicy morscy, wsród nich Jerzy Kołakowski.

Przez klub w pierwszym, drugim i trzecim roku przewinęło się wielu żeglarzy, ich liczba  to okolo 150 osób. Przychodzili na kilka spotkań, byli to, jak nazywano ich w NY, „wakacjusze”, bez „papierow” amerykanskich. Po zdobyciu  odpowiedniej gotówki wracali do Polski.

 Przełomem był rok 1992, kiedy to Rząd Stanów  zorganizowal Loterię Wizową. Klub wówczas wykorzystał szansę. Przeszlo 20-stu członków klubu wylosowało wizy. Od tej pory klub zaczął inaczej wyglądać. Byliśmy w Stanach legalnie.Uważam to za jedno z najważniejszych osiągnięć klubu, które wpłynęło na nasze życie.

      Chciałbym  jeszcze wspomnieć o regatach, bez których nie ma życia klubowego. Po roku działalności okazało się,  że są żeglarze polonijni, którzy mają jachty i choć nie byli oni członkami klubu, zorganizowaliśmy dla nich regaty klubowe. Na starcie tych regat stanęły  jachty polskich armatorów  takie jak: „Avatar”, ”Panik”, ”Atlantis”, ”Posnania”, ”Aurora”, ”Mujek”, ”East Wind” i kilka innych, których nazw już nie pamiętam. Po sukcesie organizacyjnym tych regat, zaczęliśmy organizować  klubowe regaty jesienne oraz największe regaty, jakie gromadziły i gromadzą do dziś wielu uczestników: „Regaty o Puchar Konsula”

       Jest jeszcze jedna wspaniala karta w dzialalności klubu z tamtego okresu, zapisana dzięki ogromnemu zaangażowaniu się w nią Jurka Kołakowskiego.To obchody  500-lecia odkrycia Ameryki czyli „Columbus 92”.

Chcę przypomnieć, że polski jacht harcerski „ZawiszaCzarny” pod dowództwem kpt. Andrzeja Drapelli przypłynął do Stanów na te uroczystości  po zapewnieniu przez nas, że zostanie zaprowiantowany i zaopatrzony w paliwo. Początkowo wydawało się nam, że nie będziemy w stanie tego dokonać. Jurek wziął na siebie cały ciężar organizacyjny. Doprowadził do przypłynięcia  „Zawiszy”. Mało tego, załoga była goszczona  w domach polonijnych, nawiązano wspaniałe znajomości utrzymywane do dziś, a Marek Siurawski, wówczas  prowadzący  na „Zawiszy” szkolenia  warsztatowe z piosenki żeglarskiej, był kilkakrotnie w okresie późniejszym zapraszany  przez polonijnych żeglarzy do Stanów. Dodam jeszcze, że Polonijny Klub Krótkofalowców w NY ufundował dla „Zawiszy Czarnego” radiostację, pozwalajacą utrzymywać łączność z  Polską z każdego miejsca na kuli ziemskiej

.Znajomość z  „Zawiszą ‘’ zaowocowała w okresie późniejszym, choćby tym, że nasz żeglarz Stefan Bienias dwukrotnie  na tym jachcie opłynął Przylądek Horn.

Dziś po latach, klub ma swoją siedzibę, zrzesza kilkudziesięciu żeglarzy,  ma również duże grono sympatyków, którzy choć nie są oficjalnie jego członkami, uczestniczą  w jego działalności i tworzą wspaniałą atmosferę żeglarską w Nowym Jorku.

     Zdaję sobie sprawę, że w pierwszym okresie istnienia klubu wiele spraw było prowadzonych  żywiołowo, nie było skoordynowanych dzialań, lecz trzeba pamietać, że były to początki naszej działalności.

   Listopad 2006                               

 Kapitan jachtowy Grzegorz Stefaniak